|
|
| SZCZĘŚCIE MA WIELE IMION |
|
O swojej nowej płycie "To co dobre", karierze, prawdziwym szczęściu i rodzinie z Andrzejem Piasecznym rozmawiał Przemysław Maksym. Przemysław Maksym: "To co najlepsze jest dzisiaj"- tak brzmi przesłanie płynące z Twojej najnowszej płyty. Czy to właśnie teraz jest najlepszy czas w Twoim życiu, karierze? Andrzej Piaseczny: Zawsze się nad tym zastanawiam, czy to co najlepsze już było czy jest dopiero przede mną. Czy największym szczęściem było sprzedanie prawie miliona płyt "Sax & Sex" nagranych razem z Robertem Chojnackim? Czy wtedy, gdy po długiej nieobecności na scenie, otrzymałem Bursztynowego Słowika w Sopocie? A może, gdy ukazała się płyta "Spis rzeczy ulubionych", która pozwoliła mi znów w jakiś sposób wejść na szczyt popularności?
Jaką miarą należy mierzyć szczęście? Sam zastanawiam się nad definicją prawdziwego sukcesu. Kiedyś myślałem, że zależy on od ilości sprzedanych płyt albo zagranych koncertów. Dziś zastanawiam się nad tym, czy szczęściem nie jest może po prostu największe zadowolenie. Zadowolenie potrafimy osiągać albo uśmierzać w sobie. Wypływa ono z naszego wnętrza. Najważniejsza w każdym życiu jest próba czerpania zadowolenia z tego, kim jesteśmy, co robimy. Nie warto zwracać uwagi tylko na to, czego się nie udało zrobić, wykonać. Często bezsensownie zadajemy sobie pytania, dlaczego nie mamy lepszego samochodu, większego domu czy zdolniejszych dzieci bądź rządu, z którego moglibyśmy czerpać satysfakcję (śmiech). Naprawdę stan szczęścia zależy od naszego nastawienia.
To trochę tak jak ze spojrzeniem na szklankę, która może być do połowy pełna albo od połowy pusta. Jest trochę prawdy w tym, co mówisz. Choć myślę, że ten przykład ze spojrzeniem na szklankę nie wyjaśnia nam do końca sprawy. Jest bardzo powierzchowny - wskazuje na to, że może być tylko albo dobrze albo źle. Musimy w życiu czerpać radość z równowagi między wydarzeniami dobrymi i złymi. To od nas samych będzie zależało, czy znajdziemy taką równowagę. Tu nie chodzi wcale o coś w stylu amerykańskiego uśmiechu, że gdy nas spotka nawet największy dramat, to mamy udawać zadowolonych. Możemy nie lubić złej pogody na dworze albo źle się czuć, gdy mamy złe chwile w życiu - takie jest nasze prawo. Ale nie możemy za bardzo przywiązywać naszej uwagi do złego i nadawać mu jakichś niezwykłych sensów.
Uważasz się za szczęściarza? Tak. Ale stan szczęścia nigdy nie jest jednorodny. I zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że w moim życiu były dobre i złe momenty. Jest wielu ludzi, którym udaje się przez wiele lat trwać na rynku muzycznym, ale mi udało się na ten najwyższy szczyt sukcesu muzycznego wspiąć co najmniej dwukrotnie. Wiele razy cieszyłem się z nowych płyt czy koncertów. Od długiego czasu mogę czerpać radość ze spotkań z fanami, rozmowy z nimi, ale przede wszystkim śpiewania dla tych, którzy chcą mnie słuchać.
A masz jakąś receptę na szczęście? Należy pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak szczęśliwy albo nieszczęśliwy przypadek - to my mamy wpływ na własna rzeczywistość. Do nas należy wybór. To, że jestem szczęściarzem, oznacza, iż miałem w swoim życiu szczęście dokonywania dobrych wyborów. Nawet jeśli któryś wybór przyniósł ze sobą złe konsekwencje, to starałem się dokonywać następnego, wyciągać z tego poprzedniego wnioski.
Mówisz trochę jak pedagog. Bo przecież skończyłem studia pedagogiczne (śmiech). Jednak nie uważam się za pedagoga. Brakuje mi w życiu cierpliwości, którą powinien posiadać nauczyciel. Jednak pedagogiem można być w różnych sytuacjach, niekoniecznie ucząc dzieci w szkole. Wiedza pedagogiczna przydaje się w różnych trudnych sytuacjach w życiu. Jako pedagog można realizować się również poprzez udzielanie komuś wskazówek albo ich słuchanie.
Bliska jest Ci horacjańska filozofia, która mówi, żeby cieszyć się chwilą? Czasem znamy wspaniałe hasła, sentencje, ale nie potrafimy według nich ułożyć własnej rzeczywistości. To nie jest takie proste.
Ale czy to właśnie ta filozofia leży u podstaw przesłania nowej płyty? Rzeczywiście, można by uznać hasło "chwytaj dzień" za jedno z przesłań płyty, za jeden z kluczy do jej zrozumienia. Rozmawiam z wieloma ludźmi na jej temat od kilku dni i nikt nie zwrócił uwagi na ten aspekt filozoficzny, o który pytasz. Ktoś powiedział kiedyś, że od Mozarta i Pucciniego nie pojawiła się w muzyce żadna nowa nuta. I jest w tym trochę prawdy. Nasze życie powinno sprowadzać się do opowiedzenia własnej rzeczywistości swoimi słowami, nawet jeśli ktoś to już zrobił w sposób podobny do naszego. Dobór słów i muzyka temu wszystkiemu służą. Ja też chcę zaprezentować słuchaczom własny punkt widzenia na różne sprawy, m.in. to, że warto cieszyć się bieżącą chwilą. To jest moja subiektywna opowieść, do której wysłuchania zachęcam. Ale szanuję też to, że ktoś inny może mieć całkiem różniący się od mojego punkt spojrzenia na życie.
Uważasz, że to co chcesz przekazać słuchaczom Twojej płyty, zostanie przez nich właściwie zinterpretowane? Mam taką nadzieję, ale nie mam już pewności. Magia przeboju polega na tym, że kiedy uda się go wylansować, to wtedy wszyscy mruczą go pod nosem. Jest wtedy szansa, że do większej ilości ludzi dotrą jego słowa. Ale przebój ma niestety też drugą stronę.
Jaką? Ci, którzy go nucą, często nie skupiają się na jego przesłaniu - a jest ono bardzo istotne. Wtedy przebój cieszy się sporą popularnością, ale szybko ją traci i odchodzi w zapomnienie. Ale nie wolno tracić nadziei i trzeba wierzyć w to, że artysta zawsze może dotrzeć ze swoim przesłanie do wielu słuchaczy.
Czyli to jest tak, że my Polacy jesteśmy zbyt mało refleksyjni? Nie skupiamy się na treści? Nie tylko my Polacy. Na całym świecie każdy artysta ma wiernych fanów, którzy będą za nim szli zawsze, ale są też fani bardzo szybko zapominający o przeboju, którym się fascynowali. Mogę z całą pewnością powiedzieć, że mam grupę wiernych słuchaczy, którzy czekają na moje kolejne utwory i zwracają uwagę na sens, który z nich płynie.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, że można Cię poznać, słuchając Twoich przebojów. Co mówi o Tobie nowa płyta "To co dobre"? Mówi, że jestem człowiekiem niedoskonałym. Świadomość własnej niedoskonałości jest przyczyną zwątpienia albo powoduje chęć doskonalenia się. Następnie możemy zacząć pracować nad własną doskonałością. Jestem człowiekiem, który nie uważa się za twórcę doskonałego, najlepszego, upiększonego. Każdy, kto wysłucha mojej płyty, przekona się, że są na niej w prosty sposób nagrane i zaaranżowane dźwięki. W sensie muzycznym na tej płycie pojawiają się pewne niedoskonałości. Wiem, gdzie znajdują się drobne fałsze, wiem, w którym miejscu mógłbym lepiej zaśpiewać. Ale pokazanie pewnych emocji polega na tym, żeby nie zaśpiewać czegoś w sposób doskonały.
Jeśli cokolwiek miałbym przemilczeć, pisząc słowa danej piosenki, to oszukałbym nie tylko moich słuchaczy, ale przede wszystkim samego siebie. Każdy akt twórczy, jeśli jest prawdziwy, jest najlepszym sposobem poznania twórcy jako człowieka właśnie. Niezależnie od tego, czy to będzie forma twórczości, jaką ja uprawiam, nie będąca wielką poezję, ale niosącą ze sobą jakiś sens, czy to będą słowa tak dziwne jak Mirona Białoszewskiego czy tak spokojne jak Wisławy Szymborskiej albo tak trudne jak czasem Czesława Miłosza. Jestem przekonany, że żaden z tych twórców nie budował niczego na pokaz, oni wyrażając siebie, byli sobie wierni. Zresztą moją ulubionymi gatunkami, jakie czytam ostatnio, są dzienniki i pamiętniki. Większość ich autorów pisała je dla siebie, nie na pokaz.
A Ty piszesz pamiętnik? Nie
A chciałbyś napisać autobiografię? Nie jest to mi ani nikomu potrzebne.
A chciałbyś, żeby ktoś napisał Twoją biografię? Też nie (śmiech).
Dlaczego? Jeśli czytam literaturę wspomnieniową, np. Iwaszkiewicza, to wiem, że autor nie pisał jej na pokaz. Dziś nawet ziewanie może gwiazdy może być natychmiast "rozchwytane" i opisane przez media. Rozmawiając z dziennikarzami na temat mojej płyty, staram się być szczery i uczciwy wobec nich. Nie chcę mówić niczego zmyślonego, aby zyskać tylko rozgłos. Cóż ja bym mógł jeszcze zafundować w moim pamiętniku albo autobiografii oprócz tego, co już dotychczas powiedziałem. Ludzie chcieliby wyłapywać błędy i potknięcia, szczególnie znanej osoby. Człowiek jest naprawdę wtedy człowiekiem, kiedy się potyka, pisanie o niedoskonałościach nie powinno być czymś niezwykłym. Nie mam potrzeby o nich informować, choć się ich nie wstydzę. Wstydzić trzeba się tylko brutalnych, złych czynów - gwałtów, zbrodni, itd.
A jeśli ktoś będzie chciał napisać Twoją biografię? Proszę bardzo, ale są ciekawsze osoby, o których można pisać (śmiech).
Załóżmy, że znajdujesz się w jednym z wierzchołków trójkąta, a w pozostałych są producent i fani. Jak określiłbyś wzajemne oddziaływania między Wami? Producent proponuje sposób, w jaki ta płyta powinna wyglądać, brzmieć oraz to, jaką powinna mieć instrumentację, natomiast moja twórczość nie ma sensu bez odczytywania jej bez słuchaczy. Zawsze zwracam uwagę na to, co myślą i mówią na temat moich kolejnych płyt osoby mi bliskie, słuchacze. Z drugiej strony nie chcę jednak być na ich "smyczy". Wcześniej już powiedziałem, że jako twórca pragnę być szczery i uczciwy w przekazywaniu odczuć i koncepcji na życie. Stawiam sobie też ambitne cele, nie chcę powielać wzorców piosenek, które się już większości kiedyś spodobały. Staram się, aby kolejne przeboje były lepsze, różniły się od poprzednich. Nie chcę się ograniczać tylko do jednej nuty czy jednorodnej tematyki.
Czujesz się obywatelem świata? Oj, nie przesadzałbym.
Ale wracasz do swoich korzeni? To jest nieuniknione. Kiedyś wydawałem płyty pod pseudonimem, dziś podpisuję je imieniem i nazwiskiem. Wszyscy pytają mnie teraz, czy jestem takim samym czy innym człowiekiem. Oczywiście, że za zmianą sposobu podpisywania własnej twórczości nie idzie zmiana osobowości. Nie da się odciąć od znajomych, przyjaciół, bliskich czy od miejsc, w których się wychowywało, zdobywało pierwsze doświadczenia muzyczne. Wyjechałem do Kielc, żeby studiować, a potem w ich okolicy zamieszkać, ale tak często jak mogę, spotykam się z moją rodziną. W Pionkach mieszka moja mama, brat z żoną, bratankowie, itd. Kiedyś, na początku mojej drogi muzycznej, zdarzyła się sytuacja, że media przedstawiły mnie jako piosenkarza z Kielc, bo zespół, w którym śpiewałem, też był stamtąd. Doprowadziło to do pewnego nieporozumienia między mną a mieszkańcami rodzinnego miasta. Ale ja się nie wyrzekam swojego pochodzenia. Gdybym to zrobił, nie byłbym sobą, natomiast okazałbym się głupcem.
Jak bardzo możesz liczyć na wsparcie swojej rodziny? Oczywiście zawsze bliskim zostawiam swoje nowe płyty (śmiech). Wspierają mnie, ale nie interweniują w słowa moich piosenek, nie mówią, co oni by lepiej zrobili lub skomponowali na moim miejscu. Zresztą ja też nie dyskutuję z bratem, który jest sędzią, na temat tego, jakie wyroki wydaje. Cieszymy się z własnych sukcesów, ale jednocześnie szanujemy własną autonomiczność. - rozmawiał Przemysław Maksym (foto: Sony Music Polska) |


